...


bla, bla, bla, a notka się pisze. mylożku, będziesz już działał?
komentarze [8]


10.


Potem jest już tylko egzamin, nerwy, obgryzanie paznokci i wyłamywanie palców. Jednak chociaż Lily ma świadomość, że od tego testu zależy cała jej przyszłość, jakoś w ogóle się nie martwi. Trudno opisać, jaką satysfakcję sprawia widok upiornie bladych, wygłodniałych sensacji twarzy wpatrzonych w błyszczący kształt na serdecznym palcu Rudej. Lily wie, że zazdrość to złe uczucie, a cieszenie się z cudzej zazdrości jest jeszcze gorsze. Wie o tym wprost doskonale, ale jak ma nie być szczęśliwa, gdy Głosy podchodzą do niej i cicho szeptają „Gratuluję”, podpisując tym samym swoją rezygnację?
Wiedzą już chyba wszyscy. Postawni czarodzieje i blade czarownice z obrazów będący świadkami siedmioletnich sprzeczek Gryfonów kiwają głowami, widząc błyszczące oczy Lily i rozczochrane włosy Jamesa. Razem.
Nareszcie razem.

*

Lily patrzy na stare, omszałe mury zamku mając świadomość, że zostawia w nim najlepsze chwile swego życia. Doskonale wie, że już nigdy do niego nie wróci, Gruba Dama nigdy więcej nie zrobi dziwnej aluzji na temat tego Pottera, Filch nie złapie jej podczas jednej z wędrówek po zimnych korytarzach, nie będzie musiała martwić się o los kałamarnicy w zimie, ani słuchać o quidditchu.
— Prawdopodobnie już nigdy tutaj nie wrócimy — mówi James, poprawiając rozczochrane włosy. Lily nie lubi, gdy wygląda niechlujnie.
— Zostawiam tu siedem najlepszych lat mojego życia, wiesz? — Ruda kiwa głową, błądząc myślami po korytarzach Hogwartu. — To mój...
Lily chce jeszcze coś powiedzieć, ale błyszczący kształt na palcu jej przerywa. Uśmiecha się lekko, doskonale wiedząc, że tak naprawdę wcale nie zostawia swojego „drugiego domu”. To, co było w nim najlepsze, zabiera ze sobą. Wspomnienia. Przyjaciół.
Jamesa.
— Co chciałaś powiedzieć?
— Dobrze wiesz.
— Wiem. Wiem, że będziesz za nim tęskniła, ja tak samo, ale Lily...
Lily kręci głową, bo James nic nie rozumie, nic nie wie. Śmieje się chwile, wygrzewa twarz w słońcu i patrzy na leniwie poruszające się macki kałamarnicy ponad powierzchnią jeziora. Czyżby to było pożegnanie?
— James.
— Lily.
— Stwórzmy swój własny, jedyny, magiczny Dom. A Hogwart... Hogwart musi zostać tutaj, dla kolejnych młodych, którzy mają przeżyć w nim najpiękniejsze chwile swojego życia. Wiesz?
— Wiem. — James kiwa głową, ale Lily i tak wie, że on nic nie rozumie.

A potem Lily krzyczy, krzyczy z całych sił, razem z Jamesem, razem z Syriuszem, Remusem, Peterem i Głosami, Severusem, który jednak nie miał racji i wszystkimi innymi Gryfonami, Krukonami, Puchonami i Ślizgonami.
Żegnaj, Hogwarcie. Kochamy Cię. Kochamy.

*

I nagle wszystko spowija gęsta mgła, a Lily budzi się z bolącą głową, z sińcami pod oczami, z wielkim brzuchem przysłaniającym jej cały świat. Obudził ją ten cholerny dźwięk dzwonka przy drzwiach, dzwoni nieznośnie długo i głośno, tak, cały James. Oczywiście ma przy sobie klucze, ale nie chce mu się ich szukać w jednej z tysiąca kieszonek w kurtce. Lily zła na cały świat gramoli się z łóżka i otwiera drzwi, choć widząc rozanieloną twarz z rozczochranymi włosami, ma ochotę je z powrotem zamknąć. Jest zła, ale James jak zwykle tego nie widzi.
— Liluś! No nie mów, że spałaś! Taki piękny dzień! — ćwierka Potter, podczas gdy Ruda gramoli się z powrotem do łóżka.
James jeszcze coś mówi, ale ona już go nie słucha. I nagle zapada taka niezręczna cisza, gdy on zauważa napisany do połowy list z nagłówkiem „kochany Severusie!” oraz mnóstwo ruchomych zdjęć z roześmianą Lily. Bez Jamesa.
Rogacz wzdycha ciężko i drapie się po głowie, powodując jeszcze większy nieład na swojej rozczochranej głowie. Myśli, że jak tak dalej pójdzie, to pewnie wyłysieje. Przez chwile wyobraża sobie specjalne, na zamówienie wykonywane rozczochrane tupeciki i wzdryga się. To byłoby straszne. Lily znowu śpi i szepcze ciche „kocham cię”, a James ubiera swoją kieszonkową kurtkę, którą podarował mu Hagrid na zakończenie Hogwartu (podobno należała do jego ojca, ale Rogacz jakoś nie chce w to wierzyć, patrząc na jej rozmiary i wykonanie), bierze kilka funtów i biegnie do najbliższego sklepu bo kiszone ogórki.
Lily znowu śpi.
Śpi i śni o najpiękniejszych siedmiu latach swojego życia.

Żegnaj! Kochamy Cię, Hogwarcie!

komentarze [12]


09.


/Niesprawdzane przez nikogo, więc proszę uważać. Miałam przy tej części duże problemy z czasem teraźniejszym, który uparłam się wykorzystać w tym opowiadaniu, wybaczcie. Wiecie, kociaki, że jesteśmy już prawie przy końcu rudawych?
Ach, no i... miłego roku szkolnego?/

*

Czerwiec wraz z egzaminami przychodzi nadspodziewanie szybko, zalewając hogwarckie błonia ilością słońca, która nawet najbardziej zajętych nauką wkrótce wygania z ciemnych, zatęchłych kątów biblioteki. Nawet Huncwoci coraz częściej pochylają blade, pozbawione uśmiechu twarze nad pożółkłymi stronicami opasłych tomiszczy, wyrzekając się jednocześnie roli największych psotników w szkole. Lily patrzy na cały ten zamęt i kręci głową z niedowierzaniem.
— Czemu się dziwisz? Owutemy, rozumiesz, Lily? O-wu-te-my. To wszystko wyjaśnia! — mówi Amber z dezaprobatą, patrząc na Prefekt Naczelną przez zmrużone oczy, jakby to rzeczywiście wszystko wyjaśniało. Lily woli nie wdawać się w dyskusję, patrząc na blondyneczkę i zadbane dłonie zaciśnięte piąstki. Ma dziwne wrażenie, że stojąca przed nią dziewczyna zaraz prychnie jak rozwścieczona kotka i spróbuje wydrapać jej oczy.
Owutemy. Magiczne słowo, które wywołuje gęsią skórkę, drżenie rąk i zamęt w głowie.
Trudno uwierzyć, że nawet one, nawet Głosy zdały sobie sprawę z powagi sytuacji i przestały tak często malować paznokcie na fantazyjne kolory, poświęcając długie godziny na studiowanie subtelnej sztuki, jaką są eliksiry. Obie chcą zostać uzdrowicielkami. Slughorn jest wniebowzięty, zwłaszcza widząc milutkie uśmiechy posyłane znad kipiących kociołków przez śliczniutkie blondyneczki, mające chyba nadzieję na jakiś „przeciek”.
Ruda mimowolnie wzdryga się za każdym razem, gdy słyszy o pomyśle na życie Głosów. Myśl, że kiedyś, gdy zachoruje, będzie się musiała oddać w opiekę tych lekkoduchów o kolorowych szponach, jest przerażająca.
Lily często zastanawiała się, jak będzie wyglądał dzień przed najważniejszymi egzaminami w jej życiu. W rudej główce powstały różne wizje dwudziestu czterech godzin poprzedzających sądny dzień, zwykle przesączone zapachem starych, pożółkłych stron i gorzkim smakiem kawy. Jednak gdy ten ostatni dzień normalności nadchodzi, wszystko jest po prostu nie tak.

*

Lily ma zamęt w głowie. Boi się, boi się, że wszystko zepsuje. Że spojrzą na nią nienawistne oczy Petunii mówiące „Wiedziałam. Wiedziałam, że tak będzie, że nie zdasz. Jesteś czarownicą, nic nie wartym dziwolągiem! Dziwolągiem!”
— Lily?
Ruda wzdryga się na dźwięk własnego imienia, mając tuż przed oczami surową twarz siostry z satysfakcją powtarzającej swoje „wiedziałam-że-mam-rację”. Zaciska dłonie w piąstki, czując, po raz pierwszy w życiu naprawdę czując się szlamą. Tak, jak mówił Severus... Severus...
— Lily?
Jednak głos, który nieśmiało powtarza jej imię, nie jest głosem Petunii. Nie. To zupełnie inna osoba, która Lily kojarzy się raczej z intensywnym zapachem poduszki i milionem wylanych łez. Osoba, na widok której serce Rudej zaczyna szybciej bić, w brzuchu barwną chmarą ku górze wzlatują motyle, a usta zaczynają drżeć. Dłonie zaciskają się, a obraz siostry odchodzi w niepamięć. Dlaczego więc czuje się jeszcze gorzej?
Lily nerwowym ruchem zakłada włosy za ucho i pochyla się jeszcze mocniej nad książką do transmutacji, skupiając wzrok na rozdziale poświęconym skutkom złej teleportacji. Na jej nieszczęście, książka ma dużo ilustracji.
— Lily, mam problem z eliksirami. Czy mogłabyś mi pomóc? — pyta James, a Ruda czuje żal, potworny żal, że on jednak nie chce jej przytulić i powiedzieć... Właściwie, co powiedzieć?
Że wszystko będzie dobrze — przemyka przez głowę, ale dziewczyna szybko gani się za tę myśl. Przecież wszystko jest dobrze. Prawda?
— Lily?
— T-tak, oczywiście, że ci pomogę. O co chodzi?
— Och... Chodzi o to... Mogłabyś ze mną pójść? Próbuję uwarzyć pewien eliksir w jednej z nieużywanych sal i...
— Jasne. Przecież obiecałam... Obiecałam, że ci pomogę.
Zielone oczy błyszczą, gdy przez głowę Lily przelatuje myśli o tym, że przecież dla Jamesa takie obietnice nie znaczą zupełnie nic.

*

James prowadzi ją po wielu korytarzach, których nie zna nawet po siedmiu latach życia w zamku.
„A ja nazywałam go swoim domem” — myśli gorzko, ale zdobywa się na nikły uśmiech, gdy orzechowe oczy pilnie śledzą ją zza szkieł okularów.
— To tutaj — oznajmia James, wskazując na drzwi, których jeszcze nigdy wcześniej nie widziała.
— Dobra, ale proszę, załatwmy to szybko. Muszę jeszcze powtórzyć wiele rze...
Lily wchodzi do pokoju i zamiera za zdziwienia. Patrzy na krajobraz rozciągający się w pomieszczeniu, na złote liście drzew, wrześniowe słońce i błękitne niebo. Patrzy i natychmiast rozumie, co James chce jej przypomnieć tym widokiem.
Pierwsze spotkanie, pierwsze wyjście razem, pierwszą... randkę. Pierwszy pocałunek.
— Kociołek stoi tam. — Potter wskazuje na odległy koniec polany, na której stoją. Lily przekrzywia głowę, nie rozumiejąc już zupełnie nic. Rzeczywiście, na samym skraju usianej wrzosem łąki widnieje jakiś ciemny kształt i zdaje się, że coś w nim bulgocze.
Ruda odwraca się gwałtownie, postanawiając, że nie da Jamesowi tej satysfakcji i nie zapyta. On jednak nie wygląda na zawiedzionego. Chyba za dobrze ją zna. Chyba wiedział. Wiedział już dawno, że nie zapyta, skrupulatnie planując wszystkie punkty tych... tych... przeprosin.
Lily jest już całkiem blisko bulgoczącej zawartości kociołka i nagle z przerażeniem orientuje się, jaki eliksir próbował uwarzyć James. Nie, nie próbował.
Gdyby to, co chlupocze wesoło w kociołku miał ocenić profesor Slughorn, Potter po raz pierwszy w życiu otrzymałby co najmniej W.

Lily pociąga nosem i doskonale czuje zapach wody kolońskiej Jamesa. Amortensja jest uwarzona doskonale.

*

A potem James klęka na jedno kolano, wyciąga przed siebie ręce z małym, granatowym pudełeczkiem i błaga, błaga o przebaczenie. Lily milczy. Nie pyta. Nie pyta, tak jak sobie obiecała.
Po twarzy spływają powoli słone łzy wzruszenia, całym ciałem wstrząsa dreszcz, a ona nie może, nie może wykrztusić najmniejszego słowa.
Nawet prostego „tak”.
W końcu kiwa głową na znak zgody, a on przytula ją, wsuwa błyszczący pierścionek na palec i całuje.

Lily przeżywa swój pierwszy pocałunek po raz drugi. Na nowo.
I wszystko jest dobrze.

komentarze [15]


08.


/Jeżeli nie chcecie zepsuć sobie ogólnego wrażenia o mojej pisaninie, moim Jamesie i mojej Lily, proszę, nie czytajcie tego. TO jest bardzo słabe. To tylko tak dla Lyś, żeby jej nie było smutno./

*

Dzień czternasty lutego Lily spędza w łóżku z zasuniętymi kotarami i czterema pudełkami czekoladek. Słyszy śmiechy Głosów, gdy te, odrzucając długie blond włosy za siebie, wychodzą do Hogsmeade, aby nacieszyć się tym głupim, banalnym świętem. Wie, że każda z nich w torebce ukryła gałązkę jemioły, by wykorzystać ją w najlepszym momencie (obie bardzo sprawnie posługują się różdżkami, gdy chodzi o szczytny cel), wie, że uda im się znaleźć i uwieść mężczyznę, którego imię wypowiadają od dwóch miesięcy co noc wśród cichych chichotów. Od długich ośmiu tygodni, dokładnie pięćdziesięciu dziewięciu dni. Lily umie dobrze liczyć. Potrafi też słuchać i właśnie dlatego tak dużo wie.
Wie, że wymarzonym mężczyzną Głosów jest James.
— Lily, na pewno nie idziesz?
Ruda wydaje cichy pomruk, który zadowolone Głosy odbierają za zaprzeczenie. Na usta ślicznych blondynek wychodzi słodki uśmiech — czerwone swetry leżą na nich naprawdę wspaniale i nawet powycierane dżinsy nie wyglądają aż tak źle. Gałązki jemioły i małe buteleczki z dziwnie wyglądającym eliksirem leżą na dnie ciężkiej torby, którą niesie jedna z nich. Wszystko będzie dobrze.
Mokra czerwona poduszka przelatuje pomiędzy Głosami z zadziwiającą prędkością, a zaraz po niej ukazuje się twarz Lily w gryfońskich barwach z potarganymi włosami i furią w oczach.
— Zostawcie go! Zostawcie! On jest mój, mój i tylko mój! Przecież obiecał! Obiecał!!!
Głosy wychodzą ze słodkim uśmieszkiem przylepionym do ust, a Lily płacze, płacze jak małe dziecko, gdy zabierze się mu zabawkę.
James nie był zabawką. Jednak w Rudej budzi się powoli przekonanie, że właśnie tak powinna go potraktować.
Zobojętnienie i bezsilność to dwie najgorsze rzeczy, jakie zdarzyły się Lily w całym życiu. Nawet gdy kilka lat później miała poświęcić swe życie, robiła to z uśmiechem na ustach. Czyż nie cudowna jest myśl, że oddaje się coś, co się ma najcenniejszego dla osób, które się kocha?

Czyż nie okropna jest myśl, że dla osób, które się kocha, nie można zrobić zupełnie nic?

*

Lily słyszy, jak powoli otwierają się skrzypiące drzwi do Dormitorium i dziwi się. Już? Już wróciły?
Ruda nie chce tego, ale cieszy się, naprawdę się cieszy. Nie udało się im!
Zobojętnienie, pamiętaj, Lily, zobojętnienie — przelatuje przez jej głowę i momentalnie przywołuje na twarz zimną, czerwoną od płaczu maskę, z którą ma zamiar przywitać Głosy. Niech tylko się odezwą.
Cisza.
Jak to? Nic, zupełnie nic nie mówią? Nie dzielą się swoimi niepowodzeniami, ani nawet sukcesami, nie chwalą się przed sobą, nie zazdroszczą?
Cisza.
Lily dziwi się, przecież nikt inny nie wie, że tutaj jest. Tutaj.. Na łóżku wśród papierków po czekoladkach i mokrych poduszek, w swojej starej piżamie w paski, z której dawno już wyrosła i sięga jej teraz zaledwie do kolan i kościstych łokci. Lily jest zła. Wygląda okropnie, czuje się okropnie i nie chce nikogo widzieć.
— Wyjdź stąd.
Drzwi zamykają się powoli, skrzypiąc niemiłosiernie, ale już po chwili dają się słyszeć ciche kroki, ktoś chyba podnosi poduszkę, którą Lily rzuciła w Głosy, ktoś chyba dziwi się, że poduszka jest mokra, ktoś chyba patrzy na łóżko z zasłoniętymi kotarami i zastanawia się, i boi się.
Evans czuje strach i niepewność w powietrzu, czuje też, że ten ktoś na coś wyczekuje.
A potem w powietrzu przez zakatarzony nos wyczuwa też wodę kolońską Jamesa i zimna maska rozwiewa się w jednej chwili.
— Wyjdź stąd, wyjdź stąd, wyjdź! Nienawidzę cię! Nienawidzę! — krzyczy łamiącym się głosem, a potem płacze, płacze jak dziecko, gdy ktoś odda mu jego starą, dawno zapomnianą zabawkę, wtulając rudawą głowę w ramię Jamesa.
— Lily, Lily, Liluś…

*

— Nie, James, nie mam już siły. Nie mam już na to wszystko siły.

*

A potem wszystko jest już dobrze, kałamarnica przetrwała kolejną zimę pod zamarzniętą taflą jeziora, Gryffindor wygrał ze Slytherinem, a Lily znowu odrzuca czerwony sweter w kąt i śmieje się, naprawdę się śmieje. Zbliżają się egzaminy, Głosy siedzą codziennie nad książkami, ucząc się warzyć coraz to potężniejsze eliksiry miłosne i rzucać uroki omamiające — kto wie, może to właśnie któraś z nich wymyśli kiedyś najskuteczniejszą, a jednocześnie najokrutniejszą mieszankę? Taką, która zmusi innego człowieka do wyrzeczenia się wszystkich uczuć i stworzy ulotny pozór prawdziwej miłości?
Lily już to nie obchodzi. Musi skupić się na owutemach, nie ma czasu na nic innego. James świdruje ją wzrokiem zza wyświechtanych okładek grubych tomiszczy, a jego oczy są smutne, tak strasznie smutne. Lily zakłada nerwowo włosy za ucho, denerwuje się i obgryza paznokcie.
Jednak już powiedziała „nie”. I wszystko jest dobrze. Prawda?

Prawda?
komentarze [19]


07.


Lily zawsze myślała, że gdy ludzie się kochają, to po prostu tak jest i nie potrzeba niczego więcej. Można żywić się miłością, nie oczekując niczego w zamian. Patrzeć w oczy, trzymać się za rękę i po prostu czuć, że ktoś jest przy tobie.
Dlaczego więc teraz, tak zupełnie nagle i niespodziewanie, priorytety się zmieniły, a na wierzch zaczęły wychodzić inne rzeczy? Skąd ten karcący wzrok, którym obdarza każdą dziewczynę, próbującą zwrócić na siebie uwagę Jamesa?
Nie dostaniesz go.
Nie patrz tak na niego.
Nie pozwolę ci!

— Lily? Hej, Lily! Słyszysz mnie?
— C—co?
Lily ma świadomość, że James jest przystojny i interesuje się nim wiele dużo ładniejszych od niej i mniej kapryśnych dziewczyn. Wie, że jego nieład na głowie, piegowate barki, kilka włosków na bladym brzuchu i poobgryzane paznokcie są obiektem pożądania. Fakt, że gdziekolwiek kapitan drużyny Gryffindoru się nie pojawi, zewsząd posyłane są do niego zalotne spojrzenia sprawia, że Lily spędza dwa razy więcej czasu rano przed lustrem, ostrożnie dobiera kolory („Jak ja mogłam nosić ten ohydny czerwony sweter?!”), codziennie przechodzi przez kontrolę jakościową Głosów i powoli zatraca samą siebie. Rudą, która nie przejmowała się wyglądem. Rudą, która chodziła w powycieranych dżinsach i rozciągniętych czerwonych swetrach.
Lily jeszcze nigdy nie była porzucona. Wiele razy odtrącała Jamesa, a teraz czuje, że gdyby on choć raz zachował się podobnie do niej, nie byłaby w stanie sobie z tym poradzić. Czy to więc dziwne, że poświęciła prawdziwą siebie, tworząc piękną jak z obrazka iluzję, aby na zawsze być z kapitanem drużyny Gryffindoru? Czy to więc dziwne, że zaczęła czytać książki o quidditchu, interesować się tym sportem, aby nie zanudzić sobą jednego z najprzystojniejszych chłopaków w Hogwarcie?
Lily już nie myśli: James, Potter, Rogacz, Ten Idiota, Który Próbuje Się Ze Mną Umówić.
Osobę, z którą jest Evans w jakiś dziwny sposób zastąpił Kapitan drużyny Gryffindoru, jeden z najlepszych zawodników ostatnich stu lat, najprzystojniejszy i najinteligentniejszy chłopak w Hogwarcie. Ktoś, za kim wodzą oczami wszystkie dziewczęta. Taki ktoś ma wymagania. Lily musi sprostać tym wymaganiom. Lily musi być zawsze idealnie piękna, poinformowana, inteligentna, uśmiechnięta i zadowolona z życia.
James patrzy na Rudą i zastanawia się, gdzie podział się ten wybuchowy charakter, gdzie te humory, które z taką radością poskramiał, nawet jeżeli wymagało to czasem oberwaniem po głowie raz czy dwa podręcznikiem do transmutacji.
James patrzy i... I czuje, że zaczyna się nudzić.

*

— James...
— Tak, myślę, że w tym roku to oni zdobędą mistrzostwo, są najlepsi!
— No co ty, Rogaczu, w cuda wierzysz? Zawsze byli ostatni...
— James...
— Łapo, nie skreślaj ich tak od razu. Pamiętaj...
— James...
— Tak, tak, ostatni będą pierwszymi. Pamiętam.
— James...
— Tak, Lily?
— Obiecaj, że zawsze będziesz przy mnie.
— Obiecuję. No, Łapo, mistrzostwa już niedługo, być może nawet w tym roku uda mi się zdobyć bilety...
Głosy zawistnie mrużą oczy, wyczytując z ruchów warg nieśmiertelną obietnicę i odbierając jasny komunikat Lily.
Nie dostaniesz go. Zapomnij. On jest mój. Nie pozwolę ci. Zawsze będziemy razem. Przecież obiecał.
Obiecał.

*

— Lily, wiesz... Ja nie wiem, co się dzieje. Nie wiem, co się dzieje z tobą. I myślę, że chyba każdy z nas potrzebuje trochę czasu, żeby się odnaleźć w... w tym wszystkim... Lily, czuję, że coś się wypaliło, to już nie to samo, co na początku...
James stoi przed lustrem drapiąc się po głowie i zastanawia się, jak ująć w słowa to, co czuje. Nie da się, myśli, wzdycha i — nie przerywając drapania — wychodzi z Dormitorium.
Już czas.
Staje przed kominkiem w Pokoju Wspólnym, wpatrując się w rudawe płomienie. Coś się kończy, coś się zaczyna. Coś się wypaliło.
Jeszcze raz próbuje ująć w myślach wszystko to, co leży mu na sercu, wiedząc już na początku, że jest na straconej pozycji. Nie da się.
Potter patrzy na długo na płomienie i mówi, mówi o wszystkim, co się stało. O zmianie. O zaprzedaniu samej siebie. O tym, że coś się kończy, a coś się zaczyna. Nie widzi białej koszuli nocnej, która znika za drzwiami żeńskiego Dormitorium, gdy ze złością opowiada o idealnym, sztucznym uśmiechu i nagłym zainteresowaniu quidditchem. Nie słyszy cichego płaczu, gdy z uśmiechem wspomina czasy, kiedy rozbijała wszystko, co tylko miała pod ręką, na jego głowie. Nie czuje dreszczy wstrząsających wątłym ciałem, gdy stwierdza z całym przekonaniem, że to już koniec.
Tak, Lily. Coś się wypaliło.

*

Lily i James długo rozmawiają za zamkniętymi drzwiami, a kiedy w końcu wychodzą, Ruda ma wciąż nienagannie nałożoną na usta szminkę o odcieniu „Malinowy Róż”, świetną fryzurę i szeroki uśmiech na twarzy. Idąc środkiem korytarza, odrzuca za siebie rude kosmyki, przyciągając wzrok niejednego przedstawiciela płci męskiej, śmieje się dźwięcznie z czegoś, co powiedziała Amber, a potem gna do łazienki i długo, długo z niej nie wychodzi.
Gdy Syriusz, pokonawszy w końcu wszystkie opory przed napisem „łazienka damska” ją znajduje, ma rozmazany cały makijaż i wstrząsają nią dreszcze od ciągłego płaczu.
Lily patrzy na niego i próbuje się uśmiechnąć.
— Coś się wypaliło, wiesz, Syriuszu?
Łapa podbiega do niej, przytula ją i w uniesieniu mamrocze „wszystko będzie dobrze”, nie wiedząc, czy ma skakać ze szczęścia, że Lily w końcu jest wolna czy załamywać ręce nad jej stanem.
Trudno jest zapomnieć o własnych pragnieniach dla szczęścia przyjaciół, prawda, Syriuszu?

*

Następnego dnia Lily wstaje bardzo późno, nie ma jej na śniadaniu, unika wzroku Głosów i zastanawia się, jak uniknąć pójścia na lekcje. Kiedy jednak uświadamia sobie, jak bardzo chciałaby teraz zobaczyć Jamesa, zrywa się z łóżka i, zakładając pierwsze rzeczy, które wpadły jej w ręce, pędzi na lekcje.
Drzwi od sali zaklęć otwierają się powoli, a profesor zdziwiony patrzy na cichą i spokojną, prawie niezauważalną przez swoje zachowanie dziewczynę.
— Panno Evans, jest piętnaście minut po dzwonku.
— Tak, wiem. Przepraszam...
— Gryffindor traci pięć punktów. Proszę siadać.
Lily cicho wsuwa się do ławki, a kiedy w końcu podnosi głowę, wszyscy od razu zauważają sińce pod oczami powstałe od długiego płaczu. Włosy Rudej są dziwnie spłowiałe, wyglądają właściwie na bardziej kasztanowe, skóra jest bledsza niż zwykle.
James patrzy na czerwony rozciągnięty sweter i wytarte dżinsy, przetłuszczone, smętnie zwisające kosmyki, uwydatnione przez bladość cery piegi i puste zielone oczy. Patrzy i czuje, że zakochuje się na nowo.

Coś się kończy, coś się zaczyna.

komentarze [19]


06.


Za oknem pierwsze wielkie, szare krople spadają z rozdartego nieba i zapadają się w resztkach śniegu, któremu jakimś cudem udało się przetrwać w trwającym już ponad tydzień pogromie. Po bałwanie, który Lily ulepiła razem z Jamesem, nie ma już śladu. Pozostała tylko mała, zmrożona grudka śniegu, którą nazwali Harry.
W zamku jest zimno. Grube, wiekowe mury przepuszczają zimne powietrze, wyznając zasadę, że w Hogwarcie może znaleźć się wszystko. Na tym w końcu polega jego urok.
Lily patrzy ze wstrętem na swoją skromną sukienkę, marząc, by miała choć trochę mniejszy dekolt i była zrobiona z grubszego materiału. Dziś Bal Bożonarodzeniowy. Wszystkie dziewczyny przyjdą wystrojone w piękne suknie, wymalowane i modnie uczesane. Lily najchętniej ubrałaby stary, wytarty sweter i dżinsy, a potem poszła spać.
Głosy rozprawiają o swoich partnerach, piszcząc z uciechy i próbując się wcisnąć w za ciasne sukienki. Nie zwracają w ogóle uwagi na pogodę, która zmusza do najgorszych myśli ani tym bardziej na przeraźliwy chłód panujący w zamku.
— Lily, dlaczego jeszcze nie jesteś przebrana?!
— Lily, jak ty wyglądasz? Dzisiaj bal, zapomniałaś?!
Lily patrzy smutno w okno, wysłuchując obelg.
— Ty... ty... ty... Dekadencie! — Głos wybucha śmiechem, dumny z siebie, że zdołał użyć tak trudnego, nie do końca przez nią zrozumiałego słówka.
Dekadencie. Dlaczego w tak krótkim czasie potrafiła zmienić się z pełnej życia, zawsze wesołej dziewczyny w przemęczoną życiem młodą kobietę? To... to wszystko spadło na nią tak nagle. To. Dorosłość.
Jeden z Głosów wdrapuje się na jej łóżko i patrzy na wyprany z kolorów świat przez okno. Siedzi cicho, obwinięty kocem, w skąpej sukieneczce i czeka. Lily marszczy brwi, starając sobie przypomnieć najgorsze chwile, kiedy była ośmieszana przez tę śliczną blondyneczkę, której przecież tak bardzo nie lubi, która jej tak bardzo nie lubi! Ale nie potrafi. Nie potrafi powstrzymać słów cisnących się jej na usta.
— Mam dość. Nie chcę tam iść. Nic mi się nie układa. Ani z Jamesem, ani w nauce, ani w domu, ani nawet z przyjaciółkami, ja... — Lily przerywa nagle, gdy napotyka przeszywające spojrzenie żółto-zielonych kocich oczu. Głos ją gani. Jak może tak mówić! Z Jamesem układa jej się przecież cudownie, kochają się! Uczy się najlepiej z klasy, na równi z Huncwotami, jest Prefektem Naczelnym! W domu... Petunia nadal jest na nią obrażona. Ale to już niedługo, na pewno zaraz jej przejdzie. Wszyscy ją kochają, a to jej ostatni rok w Hogwarcie, drugim domu! Ostatni! Najlepszy!
Głos nie odzywa się, ale wzrok mówi więcej niż tysiąc słów. Oczy są ciepłe. Tłumaczą, jakie ma szczęście, jak jest piękna i zdolna. Sprawiają, że sińce pod oczami Lily znikają, że usta wykrzywiają się w dziwacznym grymasie mającym być uśmiechem.
Znowu to samo. Rozmowa bez słów.
— Dziękuję, Amber.
— Lily, ty głupi dekadencie, szykuj się, masz już strasznie mało czasu!

*

James nie może ustać w miejscu, bez przerwy poprawiając kołnierzyk szaty wyjściowej i czochrając włosy, które już i tak są w kompletnym nieładzie. Jest zdenerwowany. Tłumaczy się, że to coś, w co jest ubrany, ogranicza jego ruchy i sprawia, że ma duszności, nie czuje się w tym dobrze i chyba łapie go jakaś choroba, bo dziwnie trzęsą mu się ręce.
Tak naprawdę co chwila zerka na zegarek i zastanawia się, dlaczego Lily jeszcze nie ma.
Drzwi Wielkiej Sali zostały otwarte kilka minut temu, więc przez ich próg przetoczyła się już większość uczniów, którzy zdecydowali się wcisnąć w barwne stroje i dobrze się bawić. Reszta młodych adeptów sztuk magicznych, zwana wyrzutkami społeczeństwa, przemyka przez ciemne korytarze starając się zwracać na siebie jak najmniejszą uwagę albo już dawno zakopała się w stosy pierzyn w Dormitoriach.
Lily nie ma.
Syriusz widzi, jak Jamesowi trzęsą się ręce i nerwowo drga policzek. Powoli spacerując w tę i z powrotem, wciąż jeszcze ma nadzieję, że przyjdzie. Zjawi się. Na pewno.
Lily nie ma.
James mamrocze coś pod nosem. Syriusz z ruchu jego warg odczytuje błagalne modlitwy i jest mu żal. Pięści same się zaciskają, gdy widzi najlepszego przyjaciela w tak żałosnym stanie. Brwi marszczą, gdy myśli, kto doprowadził go do takiego stanu.
Z Wielkiej Sali dobiegają ich najróżniejsze odgłosy; jakiś Ślizgon znów się przechwala podniesionym głosem. Syriusz potrafi sobie wyobrazić jego nadętą postawę i tłustą, czerwoną twarz i natychmiast odczuwa obrzydzenie. Myśl, że jest „czarną owcą” dodaje mu otuchy.
Lily nie ma.
Jakaś Gryfonka dźwięcznie się śmieje wśród potoku komplementów. Słychać brzęk rozbitego szkła. Jakiś Puchon pewnie znów zostawił po sobie pamiątkę, choć szybkie „Reparo!” Krukonki sprawnie usunęło szkodę.
Dlaczego?

*

Lily schodzi powoli, niepewnie czując się na pięciocentymetrowych obcasach. Powinna się już przyzwyczaić, ma już siedemnaście lat, jest dorosła. Wspomnienie Petunii zwinnie poruszającej się w dziesięciocentymetrowych szpilkach sprawia, że znowu cofa się o jeden schodek do tyłu, pragnąc wrócić do Dormitorium.
„James czeka.” Ta nieznośna myśl plącze się jej po głowie, każąc zrobić krok naprzód i pokazać, że jest. Że naprawdę jej na nim zależy. Przecież obiecała.
Nowe buty są potwornie niewygodne z tym swoim małym obcasikiem i Lily już wie, że nie wytrzyma w nich ani chwili dłużej. Kiedy ściąga je z obolałych stóp i rzuca w najciemniejszy kąt korytarza, czuje się najszczęśliwszą osobą pod słońcem.

*

Jest.
Zza poręczy schodów wyłania się najpierw czupryna rudych włosów, a potem cała reszta Lily. Przyszła.
James nigdy nie zwracał uwagi na wygląd. Przyciągały go jej hipnotyzujące oczy i wybuchowy temperament. Jednak teraz, patrząc na wplątane we włosy białe kwiaty, skromną zieloną sukieneczkę z głębokim dekoltem i bose stopy w końcu dostrzega, że oprócz wspaniałego charakteru Lily ma do zaoferowania coś jeszcze.
Jest piękna jak nigdy dotąd.

*

Ruda patrzy z niepokojem na reakcję Jamesa, starając się przygładzić rozczochrane włosy, które nie miała czasu dobrze ułożyć i zakryć trochę dekolt, który wydaje jej się trochę zbyt duży.
Na ramionach ma gęsią skórkę. Jest jej zimno i obgryzły ją buty. Czuje się fatalnie i nagle dochodzi do wniosku, że wplecienie tych kilku małych kwiatków w rude kosmyki wcale nie było tak dobrym pomysłem, jak myślała.
— Wyglądasz pięknie jak nigdy dotąd.
James uśmiecha się promiennie, wymuszając od Lily to samo.
Nagle ona sama też czuje się pięknie.
— Zatańczysz?
— Bardzo chętnie.
To będzie najwspanialszy bal jej życia.

Syriusz patrzy na najpiękniejszą dziewczynę, jaką spotkał w życiu i rozpromienionego najlepszego przyjaciela i zastanawia się, jaka kobieta potrafi doprowadzić mężczyznę do takiego stanu.
Odpowiedź jest prosta. Czarownica.

komentarze [12]


05.


Remus siedzi jak zwykle w cieniu wielkich, zakurzonych ksiąg, ukrywając rogatą duszę za bladą maską mądrości. Włosy są starannie ułożone, bystre oczy wpatrzone w tekst, a jednak w głowie już kiełkują nowe pomysły na utrudnienie życia kilku nauczycielom oraz mniej lubianym uczniom. Chociaż on przecież lubi każdego.
Lily właśnie zastanawia się, dlaczego teraz siedzi w objęciach tego bruneta w okularach i wodzi oczami za Lupinem. Gdzieś w głowie kołata się ponura myśl: „Nie tego chciałaś w życiu”.
Marzył ci się, nie, nadal marzy, przystojny, inteligentny mężczyzna. Stateczny. Błyskotliwy. Taki, z którym można porozmawiać. Taki, z którym można się pośmiać.
Remus rzadko się śmieje, zauważa Lily ze zdziwieniem. Od czasu do czasu rozchyla lekko wargi, dodając wiecznie zmęczonemu obliczu trochę życia. Jego śmiech jest cennym darem, który oddaje tylko najbliższym.
Lily z zazdrością uzmysławia sobie, że Remusowy uśmiech właściwie nigdy nie był przeznaczony w pełni dla niej. I nagle pragnie go mieć teraz, natychmiast, właśnie w tym momencie. Tylko dla siebie.
— Dlaczego Remus tak rzadko się uśmiecha?
— Remus? Dlaczego pytasz o Remusa? — pyta James z lekkim rozbawieniem. Jego brwi podjeżdżają wysoko do góry, a oczy błyszczą niebezpiecznie. Zazdrośnie.
Lily nic nie mówi, wzruszając ramionami. Jej dziwne pytania to niebezpieczny temat. Teraz już dobrze o tym wie.
— Sam nie wiem. On już po prostu taki jest. To chyba przez jego futerkowy problem. — James uśmiecha się radośnie,
— Futerkowy problem? — Lily marszczy brwi. A po chwili dociera do niej z całą pewnością: James nie jest błyskotliwy. Nie jest inteligentny, ani tym bardziej stateczny. I nawet przez chwilę nie potrafi być poważny.
Czy aby na pewno tego chciałaś, Lily?

*

Peter jest dziwnym chłopcem. Ma już siedemnaście lat, a jednak nadal wygląda tak, jak przed siedmioma laty, kiedy wpadł do jeziora i musiała wyławiać go kałamarnica. Małymi, wodnistymi oczkami przygląda się Jamesowi i Syriuszowi, pragnąc kiedyś stać się takim, jak i oni.
Peter często się śmieje. Właściwie ryczy ze śmiechu za każdym razem, gdy tylko jeden z jego mistrzów coś powie. Wielu zastanawia się, jak to się stało, że ten mały, trochę nieporadny chłopczyk znalazł sobie takich przyjaciół. Jak to się stało, że ci przyjaciele oddaliby za niego życie.
Lily patrzy na małego Pettigrew, przekrzywiając głowę. Gdy po chwili Peter napotyka jej wzrok, natychmiast spuszcza głowę i odwraca się, by ukryć zaczerwienione uszy. Lily uśmiecha się sama do siebie — oto cały Glizdogon. Niebieskie wodniste oczka, długi nos i rumieniec wstydu na twarzy.
A w głębi serca oddany przyjaciel, uparty malec, miły facet i... Tchórz.
Och, Peterze Pettigrew, naiwny głupcze, czy gdybyś wiedział, jaki los czeka cię w przyszłości, postępowałbyś inaczej?

*

Syriusza nie trudno jest rozgryźć. Wystarczy tylko spojrzeć na szerokie, umięśnione ramiona i równe, białe zęby. Syriusz jest najprzystojniejszym chłopakiem w szkole. Pragnie się bawić i żyć pełnią życia. Lubi łamać serca ślicznym Puchonkom i ręce na boisku osiłkom ze Slytherinu. Jednak żyjąc w takim pośpiechu, gdy w jeden dzień kochają cię wszyscy, a w drugi nienawidzą, zapomina o czymś bardzo ważnym. Lily wie o tym i widzi to, ponieważ Syriusz zwracając uwagę tylko na piękną aparycję, zapomina o wnętrzu.
To wszystko to tylko zabawa w kotka i myszkę, gra pozorów, w której brak najprostszych uczuć. Brak miłości?
Syriusz nie wygląda, jakby mu czegoś brakowało. Ma przecież przyjaciół. Ma przecież swój wygląd zewnętrzny. Ma swoje nazwisko i ma swoją wizytówkę zdrajcy rodziny.
— Żadnej chwili nie żałuję — powtarza zawsze Syriusz, gdy ktoś zapyta go o jego życie. Najczęściej już po chwili można znaleźć go w Dormitorium z butelką Ognistej Whisky w ręce. I piękną dziewczyną w łóżku.

*

— Pamiętasz, Lily, jak to rzuciłaś we mnie podręcznikiem od transmutacji?
— Pamiętam.
— A jak wylałaś na mnie zawartość kociołka na eliksirach?
— Pamiętam.
— A tę doniczkę, którą rozbiłaś mi na głowie podczas zielarstwa?
James patrzy na rudą, kochając ją jeszcze bardziej z każdym wypowiedzianym słowem i każdą rzeczą, którą w niego kiedyś rzuciła. Lily śmieje się, wspominając stare, dobre czasy. Kiedyś miała być tylko zdobyczą, największym trofeum. Najpiękniejsza dziewczyna w Hogwarcie.
Zamiast tego stała się największą miłością.
— Pamiętam, pamiętam, pamiętam.
Rude włosy tańczą jak ogień na kominku, zielone oczy ciskają promieniami. Lily jest szczęśliwa.
— Czy teraz będziesz już na zawsze ze mną?
— Do samego końca.

komentarze [9]


04.


Zawsze wydawało jej się, że życie jest proste. Wystarczy dobrze uczyć się w szkole, być miłym dla koleżanek i kolegów, w końcu znaleźć tego jedynego, wyjść za mąż i mieć mnóstwo maleńkich potworków. A na końcu zejść z tego świata, nie robiąc problemów.
Teraz, gdy ostatnie łzy wczorajszego dnia wyschły, poduszka nadal pachnie Jamesem, a do tego w pobliżu nie ma nawet kawałeczka słodkiej czekolady, Lily zdaje sobie nagle sprawę, że bardzo się myliła. Głosy szepcą w kącie o niewiadomo czym, chichocząc złośliwie. Dlaczego chwilami ma wrażenie, że Ktoś się w nią natrętnie wpatruje?
Wzrok pali.
Właściwie nie pamięta, jak znalazła się wczoraj w swoim Dormitorium. Właściwie, to woli o tym nawet nie myśleć. Ale okropne możliwości i tak nieustannie wpełzają do głowy niczym małe, obrzydliwe robaki, których od zawsze się bała.
Wzrok pali.
Głosy na pewno nie byłyby zdolne do takiego poświęcenia, by przenieść tę Evans do jej własnego łóżka. Pozostałe przedstawicielki płci pięknej w Gryffindorze, choć niewątpliwie miały serca pałające do odważnych, bohaterskich czynów, z pewnością nie podjęły się czynienia dobra. Żadni mężczyźni nie mają wstępu do damskiego Dormitorium. Żadni, oprócz... o Boże, oprócz Huncwotów.
Pali!

*

— James...
On siedzi w najciemniejszym kącie Dormitorium, bujając się powoli to w przód, to w tył. Ona leży na łóżku, przysłonięta przed wścibskim wzrokiem Głosów, mocząc poduszkę. Syriusz miota się pomiędzy jednym a drugim, nie zauważając, w którym miejscu staje na drodze Przeznaczeniu. Może wtedy, gdy obejmował Lily? Albo gdy po raz pierwszy uderzył Jamesa?
Syriusz nie widzi, jak powoli, ale nieubłaganie oni przemieniają się w jego i . A może nie chce widzieć?

Może jednak widzi. Myśl, że Lily jest znowu wolna kołata mu się w głowie, trzepoce tysiącem motyli w brzuchu, wykwita uśmiechem na ustach.
Syriusz staje przed lustrem w łazience i powoli zaczyna nienawidzić siebie.

Tak, tak, tam w lustrze to niestety ja.
Ten sam.


*

— Czy coś się stało, Lily?
Głupie pytanie. Ruda stara się przywołać na usta nikły uśmiech i odpowiedzieć „Nie, wszystko jest dobrze”, ale jakoś jej się to nie udaje. Nie chce pokazywać, jak bardzo jest słaba. Nie chce pokazywać, jak bardzo jej zależy.
Lily ma świadomość, że to dziś mija tydzień. Długi, męczący tydzień pełen łez i obgryzania paznokci. Lily zadaje sobie pytanie: czy coś przez te siedem dni się zmieniło?
Ruda jest całkowicie pewna, że odpowiedź brzmi „Nie”, ale stara się do siebie tego nie dopuszczać.
— Nie, Remusie, wszystkie jest dobrze. Jest w porządku — odpowiada łamiącym się głosem Lily, patrząc mu w oczy. A on targa jej włosy, jak małemu dziecku i idzie do biblioteki szukać odpowiedzi na dręczące go pytania zaklęte w stężałej twarzy.
— Remus! Remus, poczekaj!
Nie słyszy. Odszedł. A wzrok pali. Nadal pali.

*

Zaciśnięta pięść uderza w lśniącą powierzchnię, rozbijając zwierciadło na miliony małych, świetlistych kawałeczków. Zdarty naskórek wygląda okropnie, okruchy lustra wbijają się w dłoń, w twarz, w policzki pokryte dwudniowym zarostem, w serce. Twarz wykrzywia się w okrutnym, brzydkim grymasie, niwecząc szlachetne rysy.
Syriusz nie krzyczy. Syriusz jest zły na siebie, na Jamesa, na Lily i na cały świat. Złość ta rośnie w nim, w środku, powoli przybiera niebotyczne rozmiary i przejmuje nad nim kontrolę. Syriusz już nie jest Syriuszem. Jest bestią.

Po chwili przemienia się w psa i wybiega na błonia w ciemną, bezksiężycową noc.

*

James porusza głową najpierw w prawo, a później w lewo. W górę i w dół. Ogień w kominku pod każdym kątem patrzenia wygląda inaczej.
Gorący, fascynujący, kuszący. I rudy.
Ogień pod każdym względem przypomina mu Lily. Jest piękny. Jest drażliwy i humorzasty. Pożera wszystko, co stanie mu na drodze, nie przejmuje się uczuciami innych. Ogień czuje się lepszy od innych. Jak Lily! Jak Lily!
— Kocham cię.
James nie słyszy cichych kroków, nie widzi opuchniętych oczu ani rudych włosów. Jednak szept Lily przecina zmowę milczenia, wbija się niczym nóż w kostkę masła i dotyka najczulszego punktu.
Ogień w Jamesie na nowo zaczyna płonąć.
— Kochasz, tak?! Kochasz?!
I powoli zaczyna palić wszystko, co staje mu na drodze.
— Przez siedem lat uganiam się za tobą, jak ten głupi! Wszyscy mówią, żebym dał sobie spokój, ale ja nie mogę, bo WIEM, że chcę tylko ciebie i tylko z tobą będę szczęśliwy! W końcu dajesz mi szansę! Po siedmiu latach! I jest nam razem cudownie! Cudownie, słyszysz?! Rozumiemy się bez słów. Bez słów! I nagle ze mną zrywasz.
Tak po prostu nagle ze mną zrywasz. A teraz masz jeszcze czelność po dwóch długich tygodniach przyjść do mnie i powiedzieć, że mnie kochasz?! Że kochasz?! Kochasz!!!
Lily płacze, próbując ugasić ten ogień. A potem podchodzi do Jamesa i przytula się do niego, mając szczerą nadzieję, że to wystarczy.

Rozumieją się bez słów.
komentarze [4]


03.


Wirując w powietrzu, płatki śniegu powoli osiadają na błoniach. Na zmrożonej trawie, która pozbawiona słońca straciła żywy kolor, na czubkach najwyższych drzew w Zakazanym Lesie i srebrzystej tafli jeziora. Temperatura już dawno spadła poniżej zera, woda zamarzła. Co teraz dzieje się z wielką kałamarnicą?
James przekrzywia głowę, zdziwiony, gdy Ona zadaje mu to pytanie. Nie obchodzi go kałamarnica. Oczywiście — jak coś tak banalnego mogłoby go obchodzić? Lily powinna to wiedzieć. Lily powinna wiedzieć, że jutro ważny mecz, Gryffindor gra przeciw Slytherinowi, a chmury są czerwone, więc jutro będzie wiać. To niedobrze. Lily powinna to wiedzieć!
Ona nie widzi czerwonych chmur oznaczających wietrzny dzień, wpatrzona w piękny zachód słońca. Chce, żeby to wszystko — drzewa, lśniący śnieg, zmrożona tafla jeziora — trwało wiecznie. Nie widzi sensu we wzajemnej nienawiści pchającej Rogacza do kolejnych złośliwości, na które patrzy z przymrużeniem oka. I do kolejnych zwycięstw.
James się na nią złości. Denerwuje go widok rozmarzonych oczu i głupia gadanina o śniegu. I kałamarnicy.
Minęły trzy miesiące od kiedy kot złapał małą, rudą myszkę. Nie wszystko jest dobrze.
— Jak myślisz, Lily, jaki będzie wynik meczu?
— Ach, James, ten śnieg jest taki piękny...
— Tak, ja też myślę, że wygramy.
— Cieszę się, że tobie też się podoba.

Jak to się dzieje, że pomiędzy ludźmi, którzy pozornie idealnie się rozumieją, którzy może nawet są sobie przeznaczeni, nie zawsze jest dobrze?

*

Lily chowa rudą głowę pod poduszkę, gdy słyszy skrzypienie otwieranych drzwi. Pod poduszkę, która ma zapach Jamesa.
Do pokoju wchodzą Głosy, zaśmiewając się donośnie i wpatrując nachalnie w rude kosmyki. Po chwili szepczą coś do siebie, a Lily — chcąc, nie chcąc — słyszy, co.
— Wiedziałam, że im się nie uda, wiedziałam! Biedny James, jest taki załamany, uganiał się za nią od pierwszej klasy, ale teraz jest w końcu wolny! Ach... jaka ona głupia... Biedna, głupia Evans! Wypuścić z garści takiego chłopaka! — szydzi pierwszy Głos. Przesączony fałszem i nienawiścią.
Lily chce się płakać. Ale nie ma już na to siły. Tak bardzo chce, żeby ten głupi zapach zniknął z poduszki i żeby ktoś po prostu ją przytulił. Wychodzi z Dormitorium, trzaskając drzwiami.
Zawsze zastanawiała się, jak to jest z tym trzaskaniem. Petunia często oglądała filmy w nowiutkim telewizorze, w których ładne panie z rozmytym makijażem starały się za każdym razem, gdy wychodziły, rozłożyć drzwi na części pierwsze. Wydawało się jej to bardzo głupie, teraz jednak sama poczuła potrzebę, by to zrobić.
To dziwne, ale teraz chyba czuje się lepiej.

*

Lily siedzi w starym, wytartym fotelu przed kominkiem. W fotelu, w którym jeszcze piętnaście minut temu siedział James, ale Ruda tego nie wie. Wybiera go nawet nie zdając sobie z tego sprawy, bo jest przez kogoś wygrzany i stoi najbliżej kominka.
W powietrzu błąka się zapach wody kolońskiej Rogacza, ale ona już go nie czuje.
— Lily? — Syriusz nachyla się nad otępiałą dziewczyną, ale ona nie zwraca na niego uwagi. Dziwne, puste zielone oczy mają w sobie coś przerażającego. Błąkający się na ustach uśmiech graniczy z szaleństwem, ale on udaje, że tego nie widzi.
(Lily Lily proszę cię obudź się nie rób mi tego o Boże Lily proszę)
— Lily?
(Lily błagam cię Lily proszę Lily)
Powoli zielone oczy zwracają się w jego stronę. Na ustach błąka się lekki, dziwny uśmiech.
Syriusz patrzy na nią z przerażeniem.
— Zerwałam z Jamesem — mówi dziwnie uśmiechnięta Lily. A potem wybucha płaczem.

*

Lily nie pamięta, co stało się potem. Łzy jakoś tak niefortunnie przysłoniły jej widok.
Teraz liczy się jednak już tylko to, że nie jest sama, że ma obok siebie ciepłe ciało, że ktoś trzyma ją w ramionach.
James?...
Na błoniach hula wiatr, gnąc czubki najwyższych drzew w Zakazanym Lesie. Bijąca Wierzba ledwo opiera się jego podmuchom, gniewnie furkocząc gałązkami.
James zmienił wodę kolońską?
Lily się dziwi. Przez zapuchnięte zielone oczy nie widzi świata nad nią, obok niej, ani tym bardziej za nią. Przez ogłuchłe uszy nie słyszy cichego szeptu, który na pewno nie należy do Jamesa. Jednak te kilka małych niezgodności jej nie przeszkadza.
— Wszystko jest już dobrze, wiesz? — mówi, po czym mocno przytula się do Syriusza.
James patrzy na to wszystko z wysokich schodów i śmieje się przez łzy.

komentarze [7]


02.


Ona bawi się jego włosami, przeglądając się w szkłach okularów i strojąc najróżniejsze, śmieszne miny. On tylko na nią patrzy. Ona dziwi się; dlaczego się nie porusza? może coś mu się stało?
On tylko patrzy.
— Lily... Lily... Lileńka...
— Potter!
Rudawe kosmyki wymykają się z grubego, mocno związanego rzemykiem warkocza. Lily siedzi na kolanach Jamesa i po raz pierwszy od sześciu lat, od momentu, kiedy Potter pierwszy raz zapytał czy się z nim umówi, czuje się naprawdę wspaniale. To chyba nawet to samo uczucie. Tak, na pewno! Rozlewa się ciepłem w brzuchu i fika koziołki. A potem odlatuje wraz z trzepotem skrzydeł setki motyli. Lily dobrze to pamięta i właśnie zastanawia się po raz trzynasty, jak mogła tak długo żyć bez niego. Nie potrafi tylko określić, co kryje się za tym dwuznacznym zaimkiem. To uczucie czy... czy James?

*

Jedenastoletnia dziewczynka dumnie przekracza granicę oddzielającą świat rzeczywisty, tak dobrze do tej pory jej znany od zupełnie nowego. Świata Magii. Potrząsa grubym, rudym warkoczem, zielone oczy błyszczą radośnie, gdy wśród kurzu, brudu i zamieszania usiłuje wciągnąć ciężki kufer po schodkach pociągu. Pomoc przychodzi z najbardziej nieoczekiwanej strony — jakiś młody chłopiec w okularach szczerząc się radośnie popycha bagaż. Lily jest zaskoczona. Zaskoczenie udziela się w pewien niezbyt miły sposób: Ruda ląduje na tyłku, przygwożdżona ciężkim kufrem.
— Pomóc ci?
Chłopiec w okularach uśmiecha się jeszcze szerzej, gdy spocona, wściekła Evans podaje mu rękę, złorzecząc pod nosem.
— Dziękuję, już nie trzeba! — krzyczy, odwracając się tyłem do niego i łapiąc za rączkę kufra. Jest ciężki. Bardzo ciężki. Lily nie ma już siły, trzydziestostopniowy upał wcale jej nie pomaga, jednak duma jest ważniejsza. Cechujący ją upór daje o sobie znać. „Dam sobie radę, dam sobie radę...”, szepce, mając nadzieję poprosić o pomoc pierwszego napotkanego ucznia, kiedy tylko chłopiec w okularach odejdzie. Tylko że on nie odchodzi.
— Umów się ze mną.
Rączka kufra wyślizguje się z mokrych dłoni, a na twarzy Rudej wyskakują dziwne, czerwone plamy. Zaciśnięte piąstki zaczynają lekko drgać, mały, zgrabny nosek usiany piegami marszczy się nieładnie.
— Nie! — krzyczy. — Nie, nie, nie! Nigdy, przenigdy się z tobą nie umówię! Nigdy!


*

Pamięta, jak tupała wtedy nóżką i usilnie starała się wyrzucić z myśli obraz przystojnego chłopca w okularach. Pamięta, jak obiecała sobie zapomnieć o miłym uczuciu, które ją wtedy ogarnęło. Cechujący ją upór dał o sobie znać.
— James. — Uśmiecha się, wtulając w ramiona chłopca w okularach. Głosy za jej plecami chichoczą radośnie, wymieniając się jakimiś uwagami na ich temat. Jednak nie ma zamiaru zwracać na nie uwagi. O wiele bardziej woli przeglądać się w szkłach okularów i stroić śmieszne miny.

komentarze [4]


01.


Jeszcze tylko kilka dni i wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze. Jeszcze tylko sto i jeden raz przeczesze włosy, jeszcze tylko dwadzieścia trzy razy skreśli Urlyka Jakiegośtam na wypracowaniu z Historii Magii i zastąpi go kimś innym, jeszcze tylko uwarzy trzy eliksiry, jeszcze tylko jedno spotkanie ze starym Ślimakiem. Wszystko będzie dobrze.
Znów będzie krzyczeć „głupi Potter!”, wiedząc, że nie ma racji. Że ma już dość zabawy w kotka
i myszkę, tak, wszystko będzie dobrze!
Biedna, ruda myszka. Ruda myszka z zielonymi oczami, przepasana czerwono-złotym szalikiem
z przyklejonym uśmiechem i głupim Potterem na ustach. No chodź tu, myszko, popatrz na mnie, ała, uważaj, kot! Chowaj się, szybko!
Wszystko będzie dobrze... Wszystko będzie dobrze...


Miesza jej się w głowie od Ognistej Whisky. Przed oczami przelatują najdziwniejsze obrazy; rude myszki i ogromne, czarne koty z grubym, skudłaconym futrem. Z wielkimi, orzechowymi oczami. Z wielkimi, orzechowymi oczami za szkłami okularów. Okularów?!
Lily potrząsa głową.
— Chyba przegięła.
— Chyba tak.
Słyszy głosy. To dziwne, bo skądś już je zna, więc uśmiecha się. Uśmiecha się szeroko, jak najładniej tylko potrafi. Ale głosy odchodzą, bo głosy chcą się jeszcze bawić. Zostaje tylko mała, ruda myszka i czarny kot w okularach.

Wszystko będzie dobrze.
Dobrze? Co to znaczy dobrze?

*

— To była chyba najlepsza impreza w tym roku!
— Racja. Zdecydowanie racja. Głowa mi zaraz pęknie... No tak to jeszcze nie było!
Znowu te głosy. Lily znowu słyszy głosy, więc wtula się w to coś miękkiego, co leży przy niej starając się je zagłuszyć. Jednak to nie pomaga.
— Ciszej... błagam, ciszej!
Głosy milkną, jednak zbawienna cisza trwa tylko chwilę. Zaraz bowiem wybucha śmiech, grzmiący, głośny śmiech, który jest jeszcze gorszy od krzyku dla wrażliwych uszu po sporej dawce głośnej, imprezowej muzyki, Ognistej Whisky i czarnego kota w okularach.
— Oj, Evans, ty naprawdę nie umiesz pić! Spodziewałam się tego! — odpowiada Głos Pierwszy, piskliwy i szyderczy, uśmiechający się mściwie.
— Ale może to już będzie koniec tego całego uganiania się. To było naprawdę męczące. Nareszcie koniec! — mówi Głos Drugi, niższy i przyjemniejszy dla ucha od Pierwszego, ale tak samo zły.
Lily jednak nie rozumie. To? Jakie to? O co chodzi?
Powoli otwiera jedno oko, spodziewając się wszystkiego, tylko nie tego. Powoli otwiera drugie oko i jest już pewna, że to jednak jest to. Lily już chce się wyrwać, bo przecież jest Evans (to zobowiązuje), bo przecież to nie przystoi!
Przecież siedem lat już ucieka od tego. Ten siódmy rok też miała uciekać.
Jednak ze zdumieniem zauważa, że tak jest dobrze. Wszystko jest dobrze. I po chwili Lily uśmiecha się, wtulając się jeszcze mocniej, nie przejmując się grzmiącymi głosami.

Kot złapał małą, rudą myszkę.
Wszystko jest dobrze.

komentarze [6]



Szablon, wyłącznie dla mojego użytku, wykonany przez boską Mi, dostałam od tych Pań za dobre sprawowanie. Autorka dziękuje i ma nadzieję, że nowy wygląd wyzwoli w niej falę szaleńczej twórczości. Ha, ha, ha.

Lily Evans po raz 1983943. Każda inna, każda wyjątkowa.

  • Każdy przecież początek to tylko ciąg dalszy, a księga zdarzeń zawsze otwarta w połowie. Coś się kończy, coś się zaczyna.
  • Jak prędko w płochej kobiecie umiera miłość, gdy wzroku jej uścisk nie podpiera. Uściśnij.
  • James był dokładnie tego samego wzrostu co Harry. Miał na sobie ubranie, w którym umarł, włosy rozczochrane, okulary trochę przekrzywione, jak pan Weasley.
    Syriusz był wysoki, przystojny, o wiele młodszy od tego Syriusza, którego Harry pamiętał. Szedł lekko, z niedbałym wdziękiem, z rękami w kieszeniach, szczerząc zęby w uśmiechu.
    Lupin też był młodszy i jakby nieco bardziej niż za życia elegancki, a włosy miał gęstsze i ciemniejsze. Sprawiał wrażenie, jakby cieszył się z powrotu do tak dobrze znanego mu miejsca, do krainy swoich młodzieńczych włóczęg.
    Lily uśmiechała się najbardziej promiennie. Kiedy podeszła bliżej, odgarnęła długie włosy do tyłu, a spojrzenie jej zielonych oczu, tak podobnych do jego oczu, błądziło tęsknie po jego twarzy, jakby nie mogła się na niego napatrzyć. Nieliczni, którym udało się zdobyć wieczną młodość. Śmierć odebrała im starość.

  • Kontrola szaleństw autorskich: tutaj, tutaj, tutaj, tutaj i tu.
  • Lily patrzy na nienawistne spojrzenia, zakłada rude kosmyki za ucho i zamyka zmęczone oczy, pragnąc już tylko iść na rozkwitnięte wrzosowisko i zapomnieć wszystko. Jaka epoka, jaki wiek, jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień. I jaka godzina kończy się, a jaka zaczyna. Z nim będziesz szczęśliwsza, dużo szczęśliwsza będziesz z nim.